Zamawiający nie ma pełnej dowolności w ustaleniu terminu wykonania umowy. Jeżeli nie chce się narazić na konieczność zwrotu części otrzymanego dofinansowania musi realnie kształtować terminy w kontrakcie.


UZP i KIO stwierdziły nieprawidłowości

Przesada w określeniu terminu była jednym z 4 naruszeń p.z.p. stwierdzonych po stronie zamawiającego. Ustalony przez niego termin został w trakcie kontroli oceniony jako zupełnie nierealny oraz nieadekwatny do zakresu prac będących przedmiotem umowy i ograniczający krąg wykonawców, którzy by mogli ubiegać się o udzielenie zamówienia.

Nieprawidłowości zostały stwierdzone w piśmie Wiceprezesa Urzędu Zamówień Publicznych. Następnie KIO w uchwale nie uwzględniła zastrzeżeń zamawiającego.


Sąd nakazał zwrot części dofinansowania

Kiedy sprawa trafiła do sądu zamawiający wykazał się sporą kreatywnością. Przez to, że określił termin w sposób praktycznie uniemożliwiający jego zachowanie, już w trakcie umowy aneksował ją przedłużając termin. W trakcie procesu bronił tego zachowania argumentując, że przesuwanie terminu wykonania umowy jest korzystne z punktu widzenia zamawiającego… Powiedzmy delikatnie, że nie chwyciło.

Sąd Apelacyjny podkreślił, że z reguły przedłużenie terminu realizacji umowy działa na korzyść wykonawcy. Nie zostaje on narażony na ponoszenie konsekwencji nieterminowości. Może uniknąć np. rozwiązania umowy i zapłacenia odszkodowania czy kary umownej za naruszenie terminu. Wydłużając termin wykonania umowy, zamawiający może działać wbrew swoim interesom finansowym, czyli na swoją niekorzyść, nawet jeżeli wykonanie zamówienia stanowi fragment większej inwestycji albo częściowe zrealizowania lub wdrożenie dużo większego projektu. Przekroczenie terminu nie zwalnia w końcu wykonawcy z obowiązku zrealizowania umowy, nawet po terminie.